Sobota, 17:11

Oddałam Bogu, co boskie

Spotkanie, obowiązkowe, mojej grupy zawodowej odhaczone

Już w domu

A dzień przepiękny, cudowny, słoneczny

A w głowie siedzi dumanie o pewnej rzeczy na terapii

Moim strachu w momencie, kiedy mogę się „postawić”, powiedzieć, że mam swoje prawa i ja mam na coś inne spojrzenie. Martwieje wtedy z przerażenia i podkulam ogon i potulnie się zgadzam z B.

Bałam się wtedy, kiedy skrytykował to, że odstawiłam leki i teraz, kiedy podnosząc brwi dziwił się, że Młody jest dopuszczony do źródła moich nerwów po terapii. Przestać się bać w takich chwilach… To byłoby cudowne…

W głowie wciąż pojawiają się w takich momentach sceny złości osób, którym się stawiałam. Ojciec, matka, siostra, mąż, okularnik…

Dziś w nocy śnił mi się okularnik. Bardzo się tym snem umordowałam. Teraz nawet nie pamiętam o co chodziło…

Następny trop na sesję – paraliżujący strach przed obroną siebie. On o tym wie. To sobie samej, w jego obecności, muszę powiedzieć, że się boję w takich momentach…

Wczoraj, na mieście spotkałam M. Ucieszyłam się z tego spotkania. Uściskałam ją i zaczęłam nawijać o swoich wakacjach, o odpoczynku. Ona też coś zaczęła opowiadać o swoich, z tym swoim niezadowolonym wyrazem twarzy. Pięknie wyglądała. Ciemna, rozkloszowana sukienka, w duże, białe grochy. I nonszalancja w słowach, i znudzenie w gestach… Jakby mówiła „Wiesz, byliśmy za granicą. Wesz nasłoneczniłam się, ale…” I zrezygnowany wyraz twarzy… Ciekawe, czy jest świadoma tego grymasu, który powoduje, że zastanawiam się, czy zasługuję na jej uwagę i jej wysłuchanie. Cieszę się, że ją widziałam, ale…

Piękny ten dzisiejszy dzień. Cudowny

A kot przyniósł następną nornicę. Znosi nam do domu swoje łowieckie trofea. Ta jeszcze żyła. Wyrywała mu się z piskiem i próbowała uciekać. Nie pozwolił jej. Był moment, że ona uciekła pod niego. Leżał brzuchem na nornicy. Nie wpuściłam go do domu. Mnie nie są potrzebne takie zdobycze.

Pątek, 08:28

Piękny, słoneczny poranek

Kolejny piękny dzień

Koniec wakacji

Za oknem słoneczna zieleń drzew

Cudo

Chodzi za mną ostatnio piosenka

Śpiewa dziewczyna, która wygląda jak chłopak

albo chłopak, który wygląda jak dziewczyna

A tekst

Adekwatny do wydarzeń

Zostawiam coś za sobą…

Coś

No tak mój szanowny terapeuto! Już spieszę z wyjaśnieniami

Zostawiam za sobą strach, popierdolone lata, przepłakane dni,

Cały ten sadystyczny balast

Zadowolony?!

Bo ja tak…

Ok, ćwiczę dialogi

No i piosenka…

„Wznieśmy kieliszek lub dwa
Za wszystkie rzeczy, które straciłam”

Butelka a nawet dwie stoją w lodówce

Wina

Oczywiście

Jest też butla wódy, ale tej nie znoszę, więc nie będę piła

„Gdy staniesz się starsza, skromniejsza, bardziej świadoma
Czy będziesz pamiętać o wszystkich zagrożeniach
Z których się zrodziłyśmy?
Płonąc niczym żar, spadając, delikatnie
Tęskniąc za czasem bez rezygnacji
Lata temu
Będziesz wiedziała

Więc spal je, jeśli je masz
Bo wszystko spada w dół(…)”

Spalam

Co środa

Płoną niczym pochodnia

Spadają z łoskotem

Patrzę na kupki popiołu

Otwieram kolejne drzwi szaf w których miały być trupy

Są…  marne kupki popiołu

Podmuch powietrza roznosi je w przestrzeń

Przestrzeń mojej wolności

„Wznieśmy kieliszek lub dwa
Za wszystkie rzeczy, które straciłam”

***

22:22

Wizyta u pani psychiatry. Ostatnia. Mam nadzieję… Dostałam wytyczne do „wygaszania” leku. Powoli wychodzę z farmakologi. Pozostanie tylko terapia

Pogadałyśmy trochę z panią doktor. Okazało się, że ona też ma kota. Nazwała go Janusz. Fajnie by brzmiało: Dziś w nocy spałam z Januszem. Hahahaha

Po południu pojechałam do radcy prawnego. Czas skończyć coś, co przestało istnieć trzy lata temu. Usłyszałam o separacji faktycznej. Chciałam dopytać o formalności związane z rozwodem.
Okazało się, że rozmawiałam z tym prawnikiem rok temu. Wtedy próbowałam skleić jakieś pismo, ale utknęłam. Podeszłam do tego zbyt emocjonalnie. Rzuciłam papiery w kąt…
Dziś spotkałam go ponownie. Usłyszałam słowotok prawniczy. Niewiele myśląc zapytałam o to, czy napisze mi pismo rozwodowe. Napisze. Będzie kosztować 250 zł. Niech pisze, ja się do tego ne nadaję. Chciałam, aby rozwód był bez orzekania o winie. Powiedział, że dla mnie najlepszym wyjściem jest jednak rozwód z orzeczeniem winy. Taki rozwód w pewien sposób mnie zabezpieczy. Był zdziwiony tym, że sąd rodzinny odmówił odebrania praw rodzicielskich ojcu i że alimenty są w wysokości 500 zł na dwoje dzieci. Ma w piśmie uwzględnić te dwie sprawy.
Reprezentowanie mnie w sądzie wycenił na 1000 zł. Nad tym jeszcze pomyślę, ale z drugiej strony pełnomocnik uchroni mnie przed bezpośrednim zetknięciem z „trybikami” sądu a sama będę pewna, że wszystko jest dopilnowane a więc następna kwestia do przemyślenia.

Czas na porządki w moim życiu. Odcięcie się prawne od tego, co już nie istnieje.

Zbieram dokumenty, akty, ksera i w poniedziałek niosę je do prawnika niech wysmaża pisma i niech się zaczyna następny Armagedon.

Myślałam, że rozwód bez orzekania o winie będzie szybszy. Wyprowadził mnie z błędu. Oba będą trwały tyle samo, bo on jest obecnie w szpitalu psychiatrycznym a więc w grę wchodzi powołanie pełnomocnika, wyroki sądowe i orzeczenia lekarskie. Sprawa jest skomplikowana i długotrwała – jak wszystko w moim życiu.

Kolejny krok do przodu

Zebrałam siły

Czas na kolejną bitwę

Czwartek, 08:56

Nowy, piękny dzień

Emocje w normie

Malutka robi obrazki do przedszkola. Misie sztuk cztery. Ma talent, więc dlaczego ma nie zarobić. Yogi i Puchatek już narysowany. Został jeszcze Kolargol i Uszatek.To ma dokończyć dziś. Na razie jeszcze śpi…

Wczoraj podczas malowania i mojej krytyki odparowała:
- Ty swoje rysunki miałaś nieproporcjonalne. Krótkie nóżki a krytykujesz mnie. Wstydziłam się za ciebie…
Też robiłam rysunki do przedszkola.
O kurde! No tak :-| Super, że odważyła się tak bezceremonialnie mnie skrytykować. Nie powiem, że było mi przyjemnie, ale ja nie odważyłabym się krytykować matki otwarcie. Ja zostałam wychowana na grzeczną dziewczynkę a właściwie nie wychowana – tego ode mnie oczekiwano… No tak wciąż wracam do tematów z terapii…
Wczoraj też usypiałam z myślą o B. Ciekawe co by na to powiedział, że poszłam z nim spać?! 8-O Grubo!!!!

Mała też spała ze mną. Oglądała jakiś pogięty horror. I została. Nie tylko ona, bo kot też. No sporo miałam osób w łóżku dzisiejszej nocy:  Mała, kot, terapeuta. Dobrze, że jest takie duże ;-)

Usypiając słyszałam szczekanie psa i pomyślałam, że jestem w S. W tamtym domu a pies szczeka pod stodołą. Wspomnienia…

W zetce usłyszałam tekst o Smoktunowicz. Kręcili program w Azji. Smoktunowicz przeżyła traumę i powiedziała, że nigdy do Azji nie pojedzie, bo… No, bo co? Chwila niepewności, bo skoro trauma, to pewnie jakieś graniczne przeżycia a tu news: Nie pojedzie, bo mogła tam kupić buty za 60 zł 8-O . W dupie się babie poprzewracało i kaska uderzyła do mózgownicy. Młody skomentował bardziej dosadnie: „We łbie się od hajsu pojebało”. No, to było rzeczywiście traumatyczne przeżycie. Ło matko, Lisica w udręce, bo mogła kupić dziadowskie buciki, łoj, łoj, łoj… Ciekawe co na to miliony osób, które chodzą w takich dziadowskich bucikach na czele ze mną. Ło la boga.

No i co zrobić z tak pięknie zaczętym dzionkiem?

***

Terapeuta leci do Telawiwu. Piękne miasto pod błękitnym niebem. Nazywane cudem na pustyni, albo białym miastem. Piękne. We wrześniu będą mieli jesień i … 35 stopni C. Przejrzałam internet…

Rzeczywiście ogromne miasto

I błękitne niebo i plaże z ciepłym morzem…

Ech…

Ten to ma szczęście

Środa, 09:14

Hmmmm

No to skończyły się wakacje

Uciekłam przed dłubaniem na miesiąc a dziś zdecydowałam, że koniec odpoczynku i czas zacząć ciężką, katorżniczą… terapię

Jeszcze na początek rzuciłam sprawozdanie z wczorajszego dnia i naszej wizyty w kinie, na „Ben- Hurze” a poprzedziłam to użalaniem się, że pogryzły mnie komary i teraz cały czas się drapię. Siedziałam na fotelu i drapałam się nerwowo. Z tyłu głowy siedziała myśl, że dziś koniec wakacyjnych tematów i trzeba brać się za moją „gulę w gardle”. Kurde, nie chciałam, ale ile można rzucać tematy zastępcze. Kiedyś trzeba skończyć tę terapię…

A tak a propos filmu. Niezły, chociaż… mnie trochę nudził. Na początku ustawiane, teatralne sceny. Akcja rozwinęła się kiedy zaczęły się sceny na galerze. Główny bohater został zesłany na galerę. Przez pięć lat był bity, poniżany, wykonywał pracę ponad siły. Zapomniał, że jest człowiekiem. Z obłędem w oczach trzymał ogromne, drewniane wiosło stając się częścią statku. Aż pewnego dnia łódź została zatopiona…
Takie sceny można dobrze przeżyć tylko w kinie. Dźwięk, obraz i emocje jakie są wynikiem tego co wiedźmy. Wszystko wgniatało w fotel, przynajmniej mnie. Patrzyłam oniemiała jak Juda tonie, próbuje się oswobodzić, dookoła ciemna, szmaragdowa woda. Jest skuty łańcuchami z innymi współwięźniami. Walczy o życie…
A później sceny, dużo później, sceny wyścigu rydwanów. Do tego wątku wkracza wspaniały aktor, Morgan Freeman.
Wyścig to sceny super nagrane, realistyczne, z pięknymi rumakami. Znów dużo emocji.

Tą wstawkę zrobiłam celowo, tak jak na terapii…

Dziś wiedziałam, że skończyły się wakacje i pora przejść do pracy nad sobą

Tak sobie pomyślałam, że skupiłam się nad tymi dwiema scenami w filmie, bo we własnym życiu też tonęłam i z całych sił walczyłam o życie. Wyrwałam się z ciemnej, kipiącej topieli. Odrzuciłam łańcuch, który mnie krępował i wypłynęłam na powierzchnię a teraz biorę udział w wyścigu. Mam swojego Freemana, który (prawie) co środa zagrzewa mnie do walki, jest obecny, postawił na mnie i (mam nadzieję) wierzy, że pokonam moje demony. W filmie Freeman jest Afrykańczykiem, przywódcą karawany. Majętnym człowiekiem, właścicielem czwórki białych rumaków, które zaprzężone do rydwanu prowadzą Judę do zwycięstwa. Mój terapeuta też jest freemanem, luzakiem, który kpi z ogólnie przyjętych norm i ma swoje podejście do życia (przynajmniej takie sprawia wrażenie). No dobra, wiem, że freeman w słowniku oznacza honorowego obywatela miasta, ale dla mnie to synonim wolnego człowieka. Ilderim (Freeman) stawia dużą kwotę pieniędzy, aby Juda mógł brać udział w wyścigu. Bardzo przeżywa i w efekcie cieszy się z wygranej.

No, ok. Na terapii też tak uciekałam od tematu. W ogóle dziś było wiele porównań, symboli, historyjek. Żeby mniej bolało, żeby na chwilę złapać oddech, bo w gardle siedziała wielka, dławiąca kula. Powiedziałam w pewnym momencie, że swoimi opowiastkami rozmywa niektóre problemy. Ucichł zaskoczony… Na myśl przyszła mi scena z ostatniej „Epoki lodowcowej”, gdzie niestrudzony wiewiór goni żołędzia. Jest na statku kosmicznym i niechcący włącza grawitację.  Ogromna siła rozpłaszcza go na podłodze. Powiedziałam, że B swoimi opowieściami wyłącza grawitacje i sprawia, że mogę odpocząć, odetchnąć, że mniej boli. A później ja znów wciskam guzik i grawitacja znów wciska mnie w podłogę. Albo robi to on…
Na moją opowieść odpowiedział:
- Ok, a wiesz, że w miejscu zwiększonej grawitacji czas szybciej leci?…
Spojrzałam na niego z uśmieszkiem i odpowiedziałam:
- Ok, wiem, że mój czas się już kończy i niedługo będzie koniec dzisiejszej terapii
Zaśmiał się zażenowany (przynajmniej tak wyglądał) i coś zaczął mówić.
Dziś chciałam, żeby czas szybciej leciał, żeby się szybciej kończył. Grawitacja była miejscami nie do zniesienia…

Dzisiaj nakierowałam moją uwagę na dzieciństwo…

Szablon psychoterapeutyczny, że wszelkie problemy biorą się z dzieciństwa.

Wypomniał mi, że kiedyś się uniosłam, że on wszystko sprowadza do dzieciństwa a moje problemy powstały później a dziś to ja sama wróciłam do momentu, kiedy byłam mała i bezbronna i obserwowałam, co działo się w domu…

Panika nie ustępowała, kiedy o tym mówiłam. Dławiąca kula wciąż siedziała w przełyku i nie pozwalała głęboko oddychać. Brałam ramiona do tyłu, żeby klatka piersiowa nie była ściśnięta i próbowałam łapać głębokie oddechy. Większość czasu siedziałam na fotelu skurczona, obejmując ramionami siebie a dłonie chowając w rękawy swetra. Nie poruszałam się prawie wcale. Zamarłam, płytko oddychając.

Niewiele pamiętam z jego słów. Kiedy coś opowiadał, ja próbowałam głębiej oddychać. Uspokajał mnie obraz za oknem. Znów niewiele patrzyłam w jego stronę…

Mówiliśmy o moim strachu przed wyrażeniem swojego negatywnego zdania innym, ważniejszym. Negatywnego w sensie sprzeciwu, zanegowania tego, co mówią. Nie umiem się sprzeciwić. Kiedy mam się postawić, w gardle rośnie gula… Oczami wspomnień tkwiłam w ciemnym pokoju, w moim rodzinnym domu. Mała i skulona w ciemnym kącie, pod oknem. Przede mną stało łóżko, za mną wielkie, zielone liście fikusa i krzak kwiatka, który przy pocieraniu pachniał cytrynowo. Matka lubowała się w gąszczach nasadzanych w domu. Ja nazywałam to gajem i szczerze tego nienawidziłam.
On wrzeszczał w następnym pokoju a ja przyczajona czekałam na koniec. Krzyki, płacz, huk przewracanych mebli i krzyk matki. Pieprzona wojna. Nie było tylko wybuchów bomb i strzałów. Ona brała na siebie jego złość i razy. Prosiła go, zawodziła a on wydzierał się jak opętany. Ryczał, wypluwając morze wulgaryzmów. Bracia też nie mieli z nim lekko. Awanturował się z nimi. Wymawiał im jedzenie a najstarszego, w pijackim amoku, katował. Nie raz lała się krew… Z tego wszystkiego wyrwał mnie głos B.
Coś zaczął mówić o aborcji. O tym, że nikt mnie nie chciał. Spojrzałam w jego stronę. Chciałam mu powiedzieć, że to nie jest ten trop, kurwa, to nie to…
Zawiesiłam się w milczeniu a w końcu wykrztusiłam:
- Nie, to nie kwestia aborcji, to nie to…
- A co?
I zaczęłam mówić o powrocie do dzieciństwa, do przemocy, nienawiści, wulgaryzmach, moim przerażeniu i niemocy sprzeciwu. Paniki… A kula w gardle rosła…
Zaśmiałam się z czegoś… Najważniejsze to śmiać się, wtedy mniej boli…
Zauważył mój uśmiech i zapytał,może stwierdził coś… Nie wiem…
Świat ciemnego pokoju rozlał się w gabinecie i zatopił go swoim jestestwem. Łapałam powietrze jak Juda z filmu. Najważniejsze to nie utonąć. Nie dać się… Utrzymywać się na powierzchni… I koniecznie uśmiech – wtedy mniej boli…

B coś mówił. Wyłączył grawitację. Znów czas na oddech…

W oczach łzy… Kiedyś bym ryczała, zalała się nimi, ale nie dziś…

A co gdybym zamiast oddechów zaczęła głośno i dobitnie się sprzeciwiać. Gdybym hardo spojrzała w jego oczy i sprzeciwiła się? Czy świat by się skończył? Czy z tego niebytu wyskoczyłby ojciec z szaleństwem w oczach i przerażającym zachowaniem??? Taki eksperyment… Guzik grawitacji wciśnięty na maksa… Jeszcze nie. Jeszcze boję się tej siły. To jeszcze nie czas…

Tak, boję się spojrzeć w oczy B, kiedy mówię o moich lękach. Boję się tego, co mogę tam zobaczyć. Nie chcę zobaczyć żalu, litości albo sarkazmu. Dlatego przenoszę swój wzrok w stronę okna. Oglądam krzaczki za oknem albo wejście do bloku…

Powiedziałam do niego, że po terapii zdaję relację z tego co mnie zdenerwowało Młodemu. To przed nim się denerwuje a później obmyślam plan, co powiedzieć na następnym spotkaniu. Odpowiedział, że dla mnie to bezpieczne przenosić swoje złości na Młodego. Robię z niego niechcący superwizora B. Żachnęłam się, podkreślając że Młody go nie krytykuje.
- Superwizor też nie krytykuje…
- No dobra, zrozumiałam, że źle robię. Obarczam młodego moimi problemami…
- Ychmm… – zamruczał B

Dziś, teraz, kiedy to piszę Młody jeszcze śpi. Nie, nie będę mu mówić, co na terapii. Zrozumiałam lekcje. Nie będę wciskać na jego barki następnych ciężarów. On jest bardzo, a nawet mega dzielny…

Mamuśka ma być dorosła i odpowiedzialna i sama radzić sobie ze swoimi demonami.

Pracuję nad sobą

Niżej obrazek wyhaczony z internetu

W burdelu nie byłam, ale z dzisiejszej wizyty nie wyszłam w skowronkach i o to chodzi. Im bardziej boli na terapii, tym lepiej, tym mniej boli w życiu.

Wypróbowane,

dlatego tam wracam

aaaa przypomniałam sobie co powiedziałam po historyjkach o filmie! Powiedziałam, że nie zgadzam się z jego tezą o aniocentryźnie, egocentrycznym świecie, stawianie siebie w centrum uwagi i… dalej nastąpiło to co powyżej…

Kurde, dopadł mnie ból w klatce piersiowej :-( jeszcze tylko jego brakowało do kompletu. No tak, nie mówię, nie wkurzam się, nie informuję o swoich potrzebach, to mam!!!!

***

W środkowych Włoszech trzęsienie ziemi…

***

00:02

Powiedziałam B, że Młody słucha moich relacji z terapii. B spojrzał na mnie w taki sposób, że zadrżałam ze strachu. Nie wiem, ale takie było moje odczucie. Zmroził mnie ten wzrok. Przypomniał mi ojca. On nie mówił, on się patrzył i trzeba było wiedzieć o co chodzi. Gdybym miała więcej odwagi zapytała bym B o co chodzi. Nie mówię młodemu wszystkiego. On widzi co się ze mną dzieje, więc mówię tylko tyle ile mogę, resztę zostawiam dla siebie.
Przestraszyłam się… Mogłam powiedzieć, że nic go to nie powinno obchodzić. Nie on wychowuje moje dzieci i nie powinien się wtrącać… Jak zwykle podkuliłam ogon…
Tego chcę się w końcu nauczyć. Przestać podkulać ogon na każde złe spojrzenie, albo na myśl, że ktoś jest zdenerwowany, bo ja powiedziałam coś nie tak…I to dotyczy nie tylko mężczyzn – wszystkich których nie chcę denerwować, martwić, sprawiać im kłoptu, być dla nichciężarem.

Kiedyś będę miała siłę, żeby przeciwstawić się ojcu

Tylko dlaczego to jest takie trudne

Dominuje strach

Poniedziałek, 10:20. Jestem mega wkurzona!!!!

Pierwsze koty za płoty

Rozruch

Pierwsze zebranie przed rozpoczęciem roku szkolnego

Jutro egzaminy poprawkowe. Matura z języka angielskiego. Jestem w komisji

Cieszę się, że mam taka pracę. Spokojną, na razie pewną (przynajmniej na ten rok szkolny). Za pensję, za którą mogą utrzymać moją trzyosobową rodzinę. Czego więcej chcieć?! Czy nie jestem szczęściarą??? Jestem i to zajebistą szczęściarą :-)

Wczoraj spędziłam popołudnie u brata. Razem z dzieciakami spędziliśmy u nich wspaniałe popołudnie. Dzieciaki się dziwiły, bo wujek był miły. No wprost słodziak … Pozytywne zaskoczenie. Bratowa pracuje w drukarni do której musi dojeżdżać cztery dni w tygodniu ok 49 km. Brat psioczy i jest niezadowolony, bo mogłaby siedzieć w domu. On jest mechanikiem i pracę ma na miejscu. Ona mądrze podchodzi do życia, bo wie, że musi zapracować na emeryturę. Dojeżdża więc do pracy i pracuje w bardzo ciężkich warunkach. Cały ten zakład to jakiś pieprzona tłocznia pracy niewolniczej. Wykorzystują ludzi do maksimum. Ciężka, 12 godzinna praca za psie pieniądze. Wypłata 1500 zł to jakaś kpina z ludzi. Za taką pensję nie utrzymałabym rodziny, że o wyjazdach nie wspomnę. Wyśrubowane normy, praca w nieklimatyzowanych halach, gdzie w upały było około 50 stopni C. Kurwa i to się dzieje w naszej kochanej Polsce.
Pracowałam kiedyś w fabryce mebli, na produkcji. Miło wspominam ten czas. Miło z powodu ludzi z grupy. Też było ciężko i w lato upał na hali i też zarabialiśmy psie pieniądze. Pamiętam, że aby iść na studia musiałam brać pożyczki w banku. Z pensji nie starczało na opłatę czesnego. A jeszcze dojazdy. Na szczęście mieszkałam razem z rodzicami. Nie musiałam sama się utrzymywać. W tej fabryce ludzie dalej zarabiają psie pieniądze, ale mają niezły socjal, związki zawodowe, urlopy płatne, opiekę lekarską, i nawet jak długo chorują, mogą wrócić do pracy. Nikt ich nie wyrzuca, bo są nieproduktywni i nie generują zysków. Właściciel widzi ludzi a nie zwierzęta pociągowe i możliwość zysku.
Ja poszłam do przodu. Nie zatrzymałam się. Dziś mam komfort – pracę, którą kocham, wakacje i godną wypłatę. Nie martwię, że sama muszę wychować dwoje dzieci. Żyje nam się bardzo dobrze. JESTEM SZCZĘŚCIARĄ!!!

Czytałam artykuł w „Tygodniku powszechnym”  „Jesteśmy tylko wynikiem” o firmie Amazon, która w Poznaniu zatrudnia ludzi. Artykuł nie jest optymistyczny. Deprecha… Czytałam i porównywałam do sytuacji mojej bratowej. W Polsce mamy przyzwolenie na wykorzystywanie pracowników i traktowanie ich jak niewolników, jak zwierzęta pociągowe. Liczą się efekty, zyski, słupki wzrostu, wyśrubowane normy. Eksploatuje się ludzi do granic możliwości fizycznej i psychicznej. Kierownictwo nie liczy się z ludźmi. Dla nich to zwierzęta pociągowe, które można wykorzystać a tych, którzy już nie są „produktywni” wymienia się „świeżym mięsem”. Obozy pracy, legalne, rozreklamowane, promowane na wszelkie sposoby. Zdjęcia z uśmiechniętymi pracownikami, zadowolonymi z życia, błyszczącymi bielą wypielęgnowanych zębów a prawda jest inna… W artykule przeczytałam: „Stoją w szeregu, plecami do nas. Spuszczone głowy albo rozbiegany wzrok. Pod nagami plecaki, torby, reklamówki. Spędzą tu dziesięć godzin, plus jeszcze kilka na dojazd i przemarsz z przystanku do domu”. Kurde, obraz jak z obozu pracy. Reali polskiego życia. Żeby żyć trzeba stać się niewolnikiem. A wypłata taką, że za dużo, żeby umrzeć a za mało, żeby żyć.

Widzę moją bratową, kobietę po pięćdziesiątce. Zmęczona, pomarszczona twarz, żylaki na nogach. Skarży się na kręgosłup i nogi. Mówi, że trudno wytrzymać tyle godzin na nogach, że maszyny trzeba obsługiwać szybko i sprawnie. Młodzi nie wytrzymują. Dużo osób rezygnuje w pierwszym tygodniu a ona trwa…

Kiedyś napisałam do Witka, że ograniczenia mamy w głowie. Jaka ja jestem durna!!! Ograniczenia nakładają na ludzi pracodawcy każąc im ciężko pracować za dziadowskie wynagrodzenie. To kpina z ludzi! To szarganie ich godności i stawianie ich na poziomie zwierząt pociągowych…

Nie chciałabym być tylko wynikiem

W artykule ludzie są przedstawieni jak bezwolne trybiki w wyrachowanej maszynie. Zrezygnowani, z pochylonymi głowami i cieszący się z jakiejkolwiek pracy. Bojący się powiedzieć głośno, że nie odpowiadają im warunki pracy…

Jakiś pieprzony, wynaturzony eksperyment rodem ze Stanfordu. Nadzorcy i więźniowie. Liderzy, którzy poniewierają robotnikami i słupki wzrostu i dochody. Pieniądz rządzi światem a co na to Zimbardo????? Jak by to zinterpretował???

Może to by tak mnie  nie ruszyło, gdybym nie słyszała opowiadań bratowej i nie widziała jej zmęczenia i desperacji zarabiania na przyszłą emeryturę.

Właśnie usłyszałam w radio, że Amazon podnosi wynagrodzenie pracownikom. Ciekawe?!!

Artykuł do przeczytania w „Tygodniku powszechnym” – „Jesteśmy tylko wynikiem”.

W artykule zdjęcie z wymownym przesłaniem. Zabiegany pracownik i hasło na ścianie „Otwarta samokrytyka”. Otwarta dla pracodawcy??? Uważam, że wątpię…

Wrrrrrrrrrrrr